h1

Bella

19 Styczeń 2010

Nasz żółw potrafi pozować nieruchomo przez dłuższy czas, dlatego jest wdzięcznym obiektem do fotografowania  :-)

h1

Życie szkodzi zdrowiu

22 Listopad 2009

Wrocławski Teatr Komedia

Słabe i niezbyt śmieszne. Szkoda czasu.

h1

Ossolineum

22 Sierpień 2009

Ossolineum

W ramach cotygodniowej akcji Gazety Wyborczej “Pokażę Ci moje miejsce we Wrocławiu”, wybraliśmy się na spacer po Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich. Na jego dziedzińcu powitał nas dyrektor Adolf Juzwenko, który sporo opowiadał o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości Ossolineum (m.in. o rozbudowie i przejęciu budynku farmacji naprzeciwko instytucji na Szewskiej).

Ossolineum

Dowiedzieliśmy się, że obecna siedziba Zakładu wybudowana została w latach 1680-1715 i mieścił się w niej Zakon Szpitalny Kawalerów Krzyżowych z Czerwoną Gwiazdą. Po sekularyzacji w 1811 roku aż to końca II wojny światowej znajdowało się tu katolickie gimnazjum św. Macieja dla mężczyzn. Patron gimnazjum jest też patronem kościoła, do którego pierwotnie przylegał budynek za pośrednictwem południowego skrzydła, zburzonego na początku XX wieku wobec konieczności zorganizowania boiska sportowego dla gimnazjalistów (w skrzydle za czasów istnienia klasztoru mieściło się dormitorium, czyli sypialnia zakonników). Po wojnie, kiedy zdecydowano przenieść siedzibę Zakładu ze Lwowa, wybór padł na budynek przy Odrze ze względu na posiadaną przezeń kopułę (podobnie jak w pierwotnej, lwowskiej siedzibie). Znajdująca się w skrzydle północnym, zwana belwederem, ozdobiona jest wewnątrz  XVIII-wiecznymi freskami, a obok niej znajduje się taras, z którego rozciąga się widok na Ostrów Piaskowy i Tumski.

Ossolineum

Mieliśmy okazję wejść na taras, ale wcześniej  zobaczyliśmy refektarz z oryginalnymi, barokowymi dekoracjami stiukowymi, zasiedliśmy za stolikami w czytelni oraz zwiedziliśmy bardzo ciekawą wystawę pt. “Wszystkie modlitwy Rzeczypospolitej”. Jedna z sal wystawy to sala znajdująca się pod kopułą, więc można ją było zobaczyć od wewnątrz.

Ossolineum

Siedzibę Zakładu z kościołem św. Macieja (będącego siedzibą duszpasterstwa akademickiego) łączy pięknie odrestaurowany ogród. Ostatnim punktem wycieczki była wizyta w kościele, którego wnętrze nie należy do zbyt okazałych. Za to okna zdobią piękne, współczesne witraże.

Ossolineum
Ossolineum-bilet

h1

Emiliana Torrini – Jungle Drum

14 Sierpień 2009

Przypadkowo usłyszana piosenka, która od paru dni siedzi mi w głowie. Taki letni, lekutki przebój. Clip do niego jest, delikatnie mówiąc, taki sobie, ale kawałek może się podobać.

h1

Warszawa

2 Sierpień 2009

Po prawie dziesięciu latach od wyjazdu Bećki do Warszawy wreszcie wybraliśmy się ją odwiedzić, a przy okazji pokazać dzieciom stolicę. W ostatni piątek lipca zaczęliśmy od starówki. Pierwszego sierpnia odwiedziliśmy muzeum powstania warszawskiego, które robi duże wrażenie. Przeżyliśmy też godzinę W będąc świadkami hołdu oddawanego poległym przez Warszawiaków w 65. rocznicę zrywu. Pospacerowaliśmy po Łazienkach, gdzie przechadzające się dostojnie pawie pozowały do zdjęć. Zjeździliśmy Warszawę wszystkimi możliwymi środkami komunikacji zaliczając większość obowiązkowych miejsc. Ostatnim, niedzielnym punktem programu, była wizyta w Wilanowie. Stolica nie okazała się ponurym miastem, jak często opisywana jest przez ludzi. W drodze powrotnej czatowało na nas na drodze mnóstwo suszarek – na szczęście nie wpadliśmy w ich sidła :-) Wrocław przywitał nas wieczorem potężną burzą.

h1

XVII zlot klubu IKAR

12 Lipiec 2009

W lipcowy weekend wybraliśmy się wraz z moim klubowym kolegą Adamem i małżonkami na siedemnasty już zlot Internetowego Klubu Alfa Romeo IK@R do Poznania. Baza po raz kolejny umiejscowiona została w hotelu Orange w Przeźmierowie. Sobotni dzień to Wielkopolskie Gran Turismo, czyli rajd turystyczny, w trakcie którego musieliśmy wykonać wiele zadań, jak też odpowiedzieć na przygotowane pytania. Wszystkie atrakcje położone były w pobliżu trasy z Poznania do Gniezna. Odwiedziliśmy muzeum przyrodniczo łowieckie w Uzarzewie, obejrzeliśmy kilka ciekawych kościołów (w tym drewnianych), pospacerowaliśmy po Gnieźnie odwiedzając tamtejszą katedrę oraz podziwiając najsłynniejsze polskie drzwi. W Gnieźnie otrzymaliśmy obszerną listę pytań z historii Polski, więc obciążenie internetu w dawnej stolicy naszego kraju mocno wzrosło. Byliśmy też w Łubowie, Czerniejewie i Pobiedziskach. Nie wszystkim udało się obejrzeć ostatni punkt programu – skansen w Lednogórze, gdzie do odgadnięcia było sporo zagadek. Stąd decyzja organizatorów o sklasyfikowaniu uczestników rajdu w dwóch grupach: tych, co zdążyli zwiedzić skansen i tych, którym się to nie udało. Numer 20, jakim oznaczona byłą nasza załoga, okazał się szczęśliwy – zajęliśmy czwarte miejsce w drugiej grupie.
Sobotni wieczór to tradycyjna biesiada z doskonałym jedzeniem, rozdaniem nagród i rozmowy z niewidzianymi od roku znajomymi z całej Polski. W niedzielę po kawie wyruszyliśmy w drogę do domu, zatrzymując się tradycyjnie w rydzyńskiej restauracji na zupę gulaszową.

h1

Tunezja 2009

5 Lipiec 2009

Wypłowiała i zakurzona – takie jest pierwsze wrażenie podczas podróży z lotniska. Wszystko jakby lekko przykurzone, bez śladu występowania wody. Naszą przygodę z Tunezją zaczęliśmy już w styczniu wykupując wczasy z oferty tour operatora  Selectours w biurze Orange Travel. Rozpieszczeni zeszłorocznym luksusem wybraliśmy opcję all inclusive. Do Afryki zabrał nas tunezyjski Boeing linii Karthago, który pojawił się we Wrocławiu z półgodzinnym opóźnieniem. Podobnie jak rok temu pierwszy kontakt z odległym krajem nastąpił już na pokładzie samolotu obsługiwanego przez tunezyjską załogę – dwóch śniadych stewardów i dwie stewardesy, z których ta ważniejsza mogła kojarzyć się z surową nauczycielką jakiegoś trudnego przedmiotu, druga natomiast była całkiem urodziwa. Na pokładzie zjedliśmy skromne, ale pyszne śniadanko. Lotnisko w Monastyrze nie zrobiło jakiegoś wielkiego wrażenia – może tylko podejście do lądowania od strony morza, a więc przyziemienie tuż nad falami, było emocjonujące.

Po wypełnieniu papierów wizowych na lotnisku i spotkaniu z przedstawicielką biura, klimatyzowany autobus zabrał nas w drogę do hotelu. Chwilę to trwało, ponieważ hotel Kilma był ostatni na trasie, w miejscowości Hammamet, oddalonej od Monastiru o jakąś godzinę drogi. W jej trakcie mogliśmy zobaczyć Tunezję prawdziwą. Piszę zobaczyć, a nie podziwiać, bo kraj wygląda na dość ubogi. Niedokończone budowy, stare auta na ulicach, a za miastem pola orane przy pomocy pługa ciągniętego przez konia. Wałęsające się stada wychudzonych kóz i gdzieniegdzie sterty śmieci dopełniały obrazu. Jechaliśmy autostradą, na której ruch był niezbyt wielki, ale droga całkiem równa.

W hotelu Kilma (co w języku arabskim oznacza słowo) czekała na nas Monika – rezydentka biura. Dostaliśmy karty chipowe na pobieranie napojów z baru i klucze do pokojów. Te były skromne, ale czyste i schludne, z wygodnymi łóżkami, telewizorem i lodówką. Do tego klimatyzacja działająca w jednym lepiej w drugim gorzej. Nam trafiły się pokoje z oknami z boku budynku i z tego powodu dochodziły naszych uszu hałasy z hotelu obok. Widok z miniaturowych balkoników też nie był zachwycający, ale hotel położony jest w drugiej linii od brzegu, więc nie można było spodziewać się morza w zasięgu wzroku. Między hotelowymi budynkami znajdowały się dwa spore baseny połączone kanałami  z wyspą pośrodku. Wokół nich parasole na trawniku, stoliki i krzesełka. I tu pierwsze zaskoczenie – za leżaki przy basenie trzeba zapłacić 2 dinary tunezyjskie + 2 za materac. Jak na all inclusive dość dziwne.

Tunezja01

Pora na pierwszy obiad. Przy wejściu na stołówkę poproszono nas o karty, które otrzymaliśmy podczas zameldowania i zaprowadzono do stolika. Stołówka samoobsługowa, więc można się przejść i wybierać spośród wielu potraw. Ryby, drób, warzywa, potrawy regionalne – wszystkiego sporo. Do picia butelkowana woda mineralna lub miejscowe wino – bardzo smaczne. Do obiadów i kolacji podawano również przepyszne owoce – arbuzy, melony i brzoskwinie. Czasem śliwki. Miłośnicy słodkości mogli wybierać spośród kilku rodzajów ciast z kremami, budyni, tart i babeczek. Rano do picia kawa, herbata (zielona miętowa albo earl grey), mleko i soki – cytrynowy lub pomarańczowy. Pieczywo to bagietki i słodkie rogaliki oraz bułeczki – tu widać ukłon w stronę francuskich gości stanowiących połowę wypoczywających – reszta to Polacy i pojedynczy Algierczycy, Tunezyjczycy czy Włosi. W barze all inclusive serwowano miejscowe odpowiedniki alkoholi, z których najlepszy okazał się gin. Spróbowaliśmy też mocnego, pomarańczowego likieru Cedratine i słodkiego wina Muscat. Z beczki do małych kufelków nalewano miejscowe, lekkie piwo Celtia, drinki zaś podawano w plastikowych kubkach.

Nowością dla nas byli animatorzy – ubrani w jednakowe, żółte koszulki młodzi chłopcy, których zadaniem jest dostarczanie rozrywki hotelowym gościom, rozruszanie ich, proponowanie bardziej aktywnych form wypoczynku. Także rozmowy, zagadywanie itp. Nino, Filipo, Bomba, Momo czy Simo co chwilę proponowali coś do roboty – w basenie można było poćwiczyć aerobik, pograć w piłkę wodną czy koszykówkę. Poza nim porzucać strzałkami w darta, zagrać w boulle, postrzelać z łuku itp. Czasem przysiadali się do stolików żeby pogadać (po angielsku czy francusku – znajomość języków wśród Tunezyjczyków jest imponująca), wypić kawę czy zagrać w karty. Nino udzielał nam lekcji języka arabskiego, do tego sporo dowiedzieliśmy się o samej Tunezji. Dwie dziewczyny-animatorki – Fifi i Joujou – cały dzień zajmowały się dziećmi w mini klubie. Wieczorem wszyscy zmieniali koszulki na czarne (lub przebierali się w różne, czasem dziwne stroje) i na małej, ale w pełni profesjonalnej scenie obok basenu (wyposażonej w reflektory, nagłośnienie, efekty dymne i świetlne) były tańce, dyskoteka dla dzieci czy losowania bingo. Prezentowane też były prawdziwe przedstawienia – z dekoracjami kostiumami, w których animatorzy zamieniali się w aktorów – trzeba przyznać – całkiem niezłych. Mieliśmy okazję zobaczyć  magic light, w którym w świetle ultrafioletowych lamp przebrany w specjalne, fluorescencyjne stroje team przedstawiał zabawne scenki w rytm znanych mniej lub bardziej przebojów. Uśmialiśmy się do łez przy komicznych skeczach, a szczytem ich możliwości był musical Grease, w którym śpiewali z playbacku i tańczyli. Chłopcy cały czas dbali, żeby nikt się nie nudził – prosili do tańca, żartowali, ale przy tym nie byli nachalni i nic nie było na siłę. Widzieliśmy też występ fakira i iluzjonisty. Bezskutecznie próbowaliśmy sił w bingo i loteriach pod nazwą tombola. Nagrodami w nich były pamiątki w postaci tam-tamów, fajek wodnych, małych dywanów czy pluszowych wielbłądów.

Niezwykle istotnym elementem pracy hotelowych instruktorów k-o był taniec w takt bliżej niezidentyfikowanego, lokalnego przeboju. Kiedy z głośników dobiegały jego pierwsze takty, większość wypoczywających zrywała się na nogi i tańczyła w jego rytmie. Z boku wyglądało to jak jakiś rytuał odprawiany kilka razy dziennie – śmieszny i sympatyczny. Była też druga, tańczona wieczorem – tutaj można ją obejrzeć w wykonaniu animatorów i hotelowych gości, a tutaj zobaczyć, jak wygląda wykonawca. Trzecia, najrzadziej tańczona piosenka (na ogół po zakończeniu wieczornego programu) wyglądała tak.

Tunezja02

Oprócz hotelu jest też oczywiście czyste i dosyć słone morze, do którego trzeba dojść kawałek drogą wzdłuż kanału burzowego – sądząc po jego rozmiarach burze i opady  (w porze deszczowej – między listopadem a marcem) mają tu gigantyczne. Na plaży stoją parasole, a pan ustawia obok nich leżaki – tym razem darmowe, choć wyciąga rękę po bakszysz. Na plaży ktoś co chwilę chce coś sprzedać – chusty, koraliki, wisiorki czy orzeszki. Można też polatać nad plażą na spadochronie, popływać na różnorakich urządzeniach ciągniętych przez motorówkę, jak też dosiąść konia czy wielbłąda. Za kanałem burzowym położone jest osiedle pięknych domków letniskowych otoczonych szpalerami palm. Na jego terenie znajduje się samoobsługowy sklep spożywczy.

Tunezja03

Można oczywiście zobaczyć trochę więcej Tunezji – od tego są wycieczki fakultatywne. Najatrakcyjniejsza, ale jednocześnie najdroższa, jest dwudniowa wyprawa na Saharę (180 dinarów, czyli jakieś 100 euro). My pozwoliliśmy sobie na odwiedziny pobliskiego miasta Nabeul, gdzie najpierw zwiedziliśmy manufakturę, gdzie ręcznie produkuje się przepiękną ceramikę. Potem mogliśmy zobaczyć również ręczną produkcję dywanu jak też obejrzeć kilka gotowych już wykonanych m.in. z jedwabiu (dywan zmieniający kolor). Potem trafiliśmy na medinę (czyli stare miasto), gdzie mieści się tradycyjny tunezyjski targ, czyli souk. Tam ciężko turystom opędzić się od nachalnych sprzedawców, z którymi, jeśli zdecydujemy się coś kupić, należy się ostro targować – wtedy cena np. pięknej, skórzanej torebki z 75 spada do 18 dinarów. Oczywiście zostajemy ich przyjaciółmi, robimy wspólne zdjęcia i praktycznie doprowadzamy ich do bankructwa. W Nabeul byliśmy też w firmie szyjącej skórzane wyroby z mięciutkiej i lekkiej skóry, ale podobnie jak na dywany, chętnych nie było. Spacerując zobaczyliśmy też kawałek miasta. Natomiast ruchomy souk przyjeżdżał do hotelu w każdy wtorek i zakupy można tam było zrobić przez cały dzień.

Tunezja04

Tunezja05Tunezja06

Razem z Natalką pojechaliśmy na wycieczkę do stolicy Tunezji – Tunisu. Po godzinie jazdy autobusem zwiedzanie zaczęliśmy od muzeum Bardo, mieszczącym się w dawnym pałacu bejów, gdzie wystawiane są mozaiki i rzeźby ocalałe ze starożytnych domów Rzymian, niektóre mocno zniszczone przez Wandalów (tych historycznych). Z muzeum pojechaliśmy do centrum, gdzie przeszliśmy przez tutejszą medinę z nieodłącznym targiem, mieszczącym się w długiej, bardzo wąskiej uliczce. Potem był obiad, a po nim zwiedzanie ruin Kartaginy. Ostatnim odwiedzonym miejscem było wyglądające jak z bajki miasteczko Sidi Bou Said, gdzie przespacerowaliśmy się urokliwą uliczką i mogliśmy podziwiać panoramę zatoki, nad którą położony jest Tunis. W trakcie jego objazdu pani przewodnik opowiedziała nam o nim mnóstwo interesujących rzeczy – zarówno dotyczących historii jak i współczesności. Na kolację wróciliśmy do hotelu. Wyprawa kosztowała 70 dinarów od osoby.

Tunezja07

Tunezja08

Tunezja09Na miejscu wybraliśmy się do nowego Hammametu - Yasmine, z luksusowymi hotelami i portem jachtowym, jak też do jego starej, historycznej części z piękną mediną, będącą labiryntem uliczek otoczonych wysokim, obronnym murem z mnóstwem sklepów i sklepików. Obok niej trafiliśmy na muzułmański cmentarz, na którym w części z grobowcami, pochowany jest Bettino Craxi – włoski polityk i premier Włoch w latach 1983-1987. W obie części dosyć rozległego miasta pojechaliśmy żółtą taksówką za 5 dinarów. Cenę ustala się przed kursem z kierowcą – zawsze jakiś czeka przed hotelem.

Tunezja10Tunezja11

Jak to zwykle bywa czas na wakacjach płynie zdecydowanie za szybko i dwa tygodnie minęły nie wiadomo kiedy. Nadszedł czas powrotu i w czwartkowe południe opuściliśmy nasze pokoje. Po obiedzie pozostało jedynie czekanie na autobus, który zabrał nas na monastyrskie lotnisko. Czwartki są w Tunezji dniami polskimi, więc nawet lotniskowe komunikaty podawano w naszym języku. O 19:30 siedzieliśmy już w samolocie i niedługo potem zobaczyliśmy piękną Tunezję z góry. Dość szybko zapadła ciemność  i atrakcją lotu stały się wychowywane bezstresowo dzieci generujące mnóstwo hałasu na pokładzie. Z okien samolotu byliśmy świadkami trwającej burzy, która jak się potem okazało, mocno zdemolowała Rzym. Kiedy koła tunezyjskiego Boeinga dotknęły polskiej ziemi, krople deszczu na szybach przypomniały nam, gdzie jesteśmy. Jeszcze tylko półgodzinne czekania na bagaż, taksówka do domu i wakacje 2009 spędzone we wspaniałym miejscu przeszły do historii.

Tunezja12

Hotel Kilma

Hammamet stary i nowy (Yasmine)

Nabeul – fabryka ceramiki, sklep z dywanami, suk w medinie

Tunis – muzeum Bardo

Kartagina i Sidi Bou Said

h1

Kobieta bez cienia – Richard Strauss

17 Maj 2009

Premiera w operze wrocławskiej 17.05.2009

Plakat_Kobieta bez cieniaPo wielu godzinach prób w ubiegłym i poprzednich tygodniach wreszcie nadszedł dzień premiery. W sobotni wieczór podekscytowani młodzi chórzyści stawili się w operze. Nie mieliśmy okazji zobaczyć pierwszego spektaklu (ani nawet próby generalnej, na którą nie wpuszczono rodziców), więc postanowiłem wybrać się na spektakl niedzielny. Jak się okazało, bilet można było kupić bez najmniejszego problemu, a ilość pustych miejsc na sali świadczyła albo o zbyt wysokiej cenie biletów na przedstawienia premierowe, albo o małym zainteresowaniu melomanów dziełem Richarda Straussa. A była to polska prapremiera!
Ponieważ nie jestem specjalistą i nie mogę fachowo opisać niuansów wykonania, spróbuję przedstawić swoje zeń wrażenia. Już na początku zaskakujący był fakt rozmieszczenia części instrumentalistów orkiestry w bocznych balkonach – jeden zajęły klasyczne instrumenty perkusyjne, drugi – rzadko spotykane – również perkusyjne klawiszowe celesty. Całości dopełniały dwie harfy umieszczone po lewej stronie orkiestronu. Brzmienie tak rozbudowanej orkiestry było potężne i niesamowite – w momentach kulminacyjnych miało się wrażenie rozpętanej nad głowami olbrzymiej nawałnicy, która po wybrzmieniu potrafiła przejść w delikatne piano. Muzyka dzieła Straussa kiedy nie towarzyszyła śpiewakom, była niesamowitym tłem dla wyobrażenia sobie akcji dziejącej się pomiędzy poszczególnymi scenami. Wypełniała ona czas, w którym za półprzezroczystym ekranem uwijała się ekipa zmieniająca scenografię. I tu duże brawa – w ciągu niezwykle krótkiego czasu pałac Cesarzowej otoczony lustrami zmieniał się w chatę biednego Baraka farbiarza (i na odwrót). W czasie trwania spektaklu zmian tych było naprawdę sporo. Doskonale (jak już można się było przyzwyczaić oglądając spektakle we wrocławskiej operze) rozegrano oświetlenie oraz projekcje rzucane na olbrzymie ściany dekoracji. Reżyser światła po mistrzowsku potrafi wykorzystać nowoczesne oświetlenie zainstalowane w operze, pozwalające czynić niemalże cuda wyczarowując imponujące efekty rysowane reflektorami i rzutnikami.
Kobieta bez cienia to właściwie baśń, w której, jak to w baśniach bywa, ktoś tęskni za czymś, czego nie ma. Tu w zasadzie nie tęskni, bo Cesarzowa nie mając cienia spowoduje zamianę swojego męża, Cesarza, w kamień. Na przeciwnym biegunie, w świecie realnym, żyje ubogi rzemieślnik Barak ze swoją żoną i trójką dziwacznych braci (bezokim, bezrękim i garbatym – kolejne brawa za znakomitą charakteryzację). Żona nie jest osobą spolegliwą, ciągle kłóci się ze swoim spokojnym mężem pragnącym potomstwa. Grube słowa padają nader gęsto. Ze świata nierealnego przybywa do niej Cesarzowa wraz ze swoją demoniczną mamką, która mamiąc ją czarami (wspaniała scena z błyskawicznie przeobrażoną z odzianej w łachmany żoną Baraka w królową) w zamian chce jej cień dla Cesarzowej. Akcja nieco się gmatwa i nie wszystko jest klarownie przedstawione – dzieło Straussa przepełnia symbolika i jego interpretacje mogą być przeróżne, zwłaszcza że wymieszane są tu świat duchów i realny. Pojawia się jeszcze ojciec Cesarzowej – Keikobad – władca świata duchów wraz ze swoją armią. Najważniejsze, że wszystko dobrze się kończy – Cesarzowa ma cień, a żona Baraka będzie mieć dzieci (jak można było zobaczyć w ostatnim akcie – całkiem sporo).
Wokalnie największe wrażenie wywarły na mnie pary głównych bohaterów. Cesarzowa, odtwarzana przez Annę Lichorowicz, powaliła  swoim gigantycznie brzmiącym, mocnym sopranem. W niektórych dosyć trudnych partiach jej głos brzmiał wspaniale i miało się chwilami wrażenie, że pani Anna doszła już do kresu możliwości, po czym jej śpiew stawał się jeszcze mocniejszy. Dorównywała jej, również sopranem, Aleksandra Lemiszka jako demoniczna, czarna postać intrygantki, opiekunki Cesarzowej. Trzecia ze znakomitych pań na scenie to żona Baraka, w której rolę wcieliła się Magdalena Barylak (znana mi wcześniej z postaci Ewy zagranej w Raju utraconym). I wreszcie sam Barak farbiarz, w niedzielnym przedstawieniu odtwarzany przez Bogusława Szynalskiego, z jego łagodnym, bardzo przyjemnym dla ucha barytonem. Również aktorsko śpiewacy poradzili sobie świetnie.
A co ze wspomnianym na wstępie chórem dzieci? To była pierwsza tak duża rola (a właściwie role) chóru prowadzonego przez przesympatycznego Bassema Akiki. Pierwszy raz można usłyszeć ich pod koniec pierwszego aktu jako skomlące pod drzwiami Baraka dzieci ulicy (partia chóru wykonana na pięć głosów!). Na początku aktu drugiego wpadają do domu farbiarza i będąc ulicznymi biedakami rzucają się na kosz z cukierkami. W trzecim akcie natomiast przeobrażają się w nienarodzone dzieci, ubrane w obcisłe, niebieskie kombinezony i maski (jak same mówią “mumie”). W końcu zostają przyozdobione szarfami, a Barak z żoną zrzucają im maski. Po zakończeniu spektaklu dzieciaki są pierwszymi oklaskiwanymi artystami i sądząc po minach bardzo im to odpowiada.
Na koniec warto jeszcze wspomnieć o dwóch rzeczach – przepięknych strojach wszystkich bohaterów – szczególnie oryginalna jest armia Keikobada przypominająca strojami bohaterów oper Wagnera, a także postać sokoła w wielobarwnym upierzeniu. Druga to przepiękna partia solowa wiolonczeli w drugim akcie. Brzmi niesamowicie w kontraście z potężnie i groźnie grzmiącą orkiestrą.
Należy uznać, że Kobieta bez cienia to kolejne udane przedsięwzięcie dyrektor wrocławskiej opery Ewy Michnik, choć opinie recenzentów są podzielone. Gratulacje i czekamy na następne – przedstawienia oczywiście!

Strona spektaklu

Ciekawy artykuł na temat opery Kobieta bez cienia

h1

Noc muzeów 2009

16 Maj 2009

noc-muzeów1Podobnie jak wiele tysięcy osób w sobotni wieczór daliśmy się skusić ofercie darmowego zwiedzania muzeów. W niektórych przypadkach o zwiedzaniu ciężko jest mówić – było to raczej zaliczanie ze względu na tłumy. Zaczęliśmy od Muzeum Poczty i Telekomunikacji, gdzie można obejrzeć eksponaty związane z tą branżą. Muzeum dość skromne, kolekcja uporządkowana i przejrzysta. Duże wrażenie (ze względu na rozmiary) robią oryginalne dyliżanse pocztowe (szczególnie największy z nich, mogący przewieźć 23 osoby). Interesującym sposobem przekazywania informacji na odległość był niegdyś system wież optycznych (model jednej z nich znajduje się w kolekcji). Zobaczyliśmy też mnóstwo odmian skrzynek pocztowych, telefonów, telegrafów czy dalekopisów. Interesujące były także mundury niegdysiejszych poczmistrzów.
Następny był Pałac Królewski mieszczący Muzeum Miejskie Wrocławia. Tak jak się spodziewaliśmy – w środku i na zewnątrz tłumy zwiedzających. Do tego prawdopodobnie przestała działać klimatyzacja i zaduch był okropny. Poruszając się w żółwim tempie prześlizgnęliśmy się wzrokiem po bogatych zbiorach, zajrzeliśmy też do pięknie utrzymanego ogrodu. Niestety -  w tych warunkach nie dało zatrzymać się na dłużej chociażby po to, żeby obejrzeć wyświetlane stare kroniki filmowe o Wrocławiu.
Następny był Ratusz, w którym eksponatów zabytkowych zbyt wiele nie ma, ale są za to wystawy. Jedna z nich to interesujące przedmioty wykonane ze szkła, druga to obrazy malarza Nitki (jak głosiły plakaty) i ostatnia, chyba najbardziej interesująca, to fotografie wykonane w Japonii na początku wieku. Czarno białe zdjęcia pokazujące życie i pracę zwykłych ludzi, jak też słynny japoński teatr kabuki.
Z Rynku przeszliśmy się na ulicę Widok do centrum WRO, gdzie prezentowano sztukę nowoczesną, a nawet bardzo nowoczesną. Przed monitorami siedzieli ludzie w słuchawkach i obserwowali, co się dzieje na ekranach. Pokazano też makietę Wrocławia za 30 lat. Prawdę mówiąc ciężko było się zorientować, o co tam chodzi.
Ostatnim akcentem zwiedzania było Muzeum Przyrodnicze mieszczące się obok ogrodu botanicznego. Tam poszły już tylko dziewczyny i twierdzą, że było najbardziej interesujące. Mnóstwo spreparowanych szkieletów i innych przedmiotów odzwierzęcych wzbudziły ich szczególne zainteresowanie.
Na tym zakończyliśmy rajd po muzeach z mocno obolałymi nogami. Wracając do domu widzieliśmy jeszcze kłębiący się tłum pod Muzeum Narodowym i ciekawą iluminację pierwszego wrocławskiego wieżowca, czyli gmachu poczty na Purkyniego.

noc-muzeów3

h1

Dzieci w operze

16 Maj 2009

Artykuł z Gazety Wyborczej, który ukazał się w dniu premiery Kobiety bez cienia.

Polska prapremiera Kobiety bez cienia. Pierwszą polską inscenizację Kobiety bez cienia Richarda Straussa reżyseruje Hans-Peter Lehman. Oprócz zawodowych śpiewaków wystąpią też dzieci z chóru pod dyrekcją Bassema Akiki.

Zamiast na podwórko idą do opery. Ćwiczą technikę śpiewu, uczą się libretta, a podczas przerw w próbach odrabiają zadania domowe.
- Ćwiczymy coś po raz kolejny, ale dalej nie wychodzi. Robi się późno, trzeba kończyć próbę, a dzieci protestują. One chcą powtarzać, aż zaśpiewają dobrze! – opowiada o zapale swoich podopiecznych pochodzący z Libanu dyrygent Bassem Akiki.
- Koleżanki ze szkoły uważają śpiewanie w operze za dziwne hobby, ale występowanie na scenie jest bardzo przyjemne – mówi chórzystka Róża Marek. – Mamy fajne kostiumy, szczególnie “mumie” – dodaje Ania Mindowicz. “Mumiami” nazwali stroje, w których śpiewają jako chór nienarodzonych dzieci w pierwszym i trzecim akcie Kobiety bez cienia. To jeden z wielu symboli w tym skomplikowanym dziele, ale mimo obaw dorosłych dzieci zrozumiały fabułę błyskawicznie. Historia, w której łączą się losy ludzi i duchów, jest dla ich wyobraźni całkowicie logiczna. Muzyka okazała się trudniejsza. Strauss napisał dzieciom bardzo wysokie partie (aż do D trójkreślnego) i trzeba uważać, żeby nie forsować delikatnych głosów. Ale dzieci dobrze się bawią podczas ćwiczeń technicznych i tzw. rozśpiewek, które dorosłych czasem nudzą.
Śpiewający od września 2008 r. chór debiutował w koncercie kolęd, a na wielkiej scenie w Królu Rogerze Karola Szymanowskiego.
- W Kobiecie bez cienia więcej nas widać, śpiewamy we wszystkich aktach, a w drugim nawet biegamy po scenie, więc ten spektakl bardziej mi się podoba – mówi Róża. – Występy dziecka to wysiłek dla całej rodziny – dodaje mama Róży, Małgorzata Marek. Rodzice na zmianę przyprowadzają i odbierają pociechy z prób i spektakli, które trwają do późna. W przedpremierowym tygodniu dzieci razem z całym zespołem ćwiczą od 18 aż do 22, a od środy także rano. Jak wytłumaczyć nieobecności w szkole? – Poważna rozmowa z nauczycielami dopiero mnie czeka – przyznaje pani Małgorzata. – Myślę, że zrozumieją, że śpiew w operze to dla córki wielka przygoda. Sami śpiewacy (wiek 8-13 lat) nie dostrzegają uciążliwości. Wszystko jest zabawą: gdy nie potrafią czegoś zaśpiewać, dopytują, co zrobić, żeby było dobrze. Ta atmosfera udziela się prowadzącemu chór dziecięcy Bassemowi Akiki.
- Dziś w trakcie krótkiej przerwy dzieci bawiły się w jakąś grę, a ja z nimi – mówił po próbie w czwartek. – Po chwili zapomnieliśmy o przedpremierowym stresie. Urodzony i wychowany w Bejrucie Akiki bał się pracy z dziećmi. – Chórowi dorosłych można powiedzieć: “Tu jest nieczysto” i oni coś z tym zrobią. A chórowi dzieci też mówię, że jest nieczysto, ale potem muszę powiedzieć, jak to poprawić – tłumaczy. – Na początku mali śpiewacy nie rozumieli, że harmonia to kilka głosów, z których tylko jeden śpiewa linię melodyczną. Wszyscy chcieli być sopranem. Problem wraca, gdy zdarza się mniej wpadająca w ucho melodia, a w tym samym czasie któryś z głosów śpiewa coś przyjemniejszego – wszyscy “uciekają” do tego ładniejszego głosu. Opera Wrocławska jest jednym z niewielu teatrów, które zdecydowały się na utworzenie stałego chóru dziecięcego, mimo że librett z partiami dla dzieci nie brakuje. Na przyszły sezon zaplanowano już dwa spektakle z ich udziałem. Być może także indywidualny koncert chóru.

Link do artykułu